O niebieskim wiadrze i neapolitańskich kanapkach

– Scusa, puoi comprare qualcosa per me? – słyszę pytanie i podnoszę oczy. Z okna na 10. piętrze kamienicy wysuwa się sznurek, a na nim niebieskie wiadro. Tak właśnie żyje Neapol. Tutejsze domy sięgają chmur. Nie ma w nich wind, więc na myśl o tym, że właśnie skończyły ci się szpinakowe ravioli i musisz pójść do sklepu, opadasz z sił. Jest na to sposób. Otwierasz okno. Do wiadra wkładasz 10 euro i zrzucasz je na sznurku. Zaczepiasz przechodnia i prosisz go o pomoc. Za chwilę we wiadrze czeka na ciebie paczka makaronu i reszta.

Mówili, że Neapol jest brzydki. Że brudny. Groźny. Że szkoda czasu i pieniędzy na to, by go zobaczyć. Ale bilet kupiony za 1 euro czeka już spokojnie w plecaku. Zniosę każde warunki, byle tylko przekonać się, jak tam jest. A więc – jak jest?

Espresso drogie. Morele w brioche’u nie smakują tak, jak na północy. Język włoski wcale nie jest włoski. Brud z ulicy przykleja się do łydek. Pot spływa po plecach. Nie wytrzymuję i idę do parku wykąpać się w spryskiwaczu do trawy. Po drodze robię sobie zdjęcie z kelnerem zauroczonym emanującą ze mnie egzotyką :P. Blondynka na południu jest przecież cudem natury.

blondi w neapolu.jpg
 Fot.ab

Zaglądam do kościołów i zaułków opisanych w przewodniku. Piazza del Plebiscito. Duomo. Zamek Jajeczny.

DSC01709_Fotor.jpg
Zamek Jajeczny, Neapol, fot.dmn.

I zachwycam się coraz bardziej. Zachwycam się życiem, które rozkwita na ulicy, a nie w domowych kątach. Życiem przekraczającym bariery konwenansów. Zachwycam się Neapolem kolorowym i rozgadanym. Neapolem swobodnym, śmiałym, nieprzewidywalnym i pełnym niespodzianek.

DSC01759_Fotor.jpg
Neapol w całej okazałości, fot.dmn.
DSC01686_Fotor
Neapolitańska uliczka, fot.dmn.
DSC01743_Fotor.jpg
Przepiękna kopuła w galerii handlowej, fot.dmn.
DSC01705_Fotor.jpg
Coffee is always a good idea! fot.dmn.
DSC01723_Fotor.jpg
A Wezuwiusz tylko śpi i śpi… fot.dmn.
DSC01754_Fotor.jpg
Hiszpańska uliczka w Neapolu, fot.dmn.
DSC01749_Fotor
Riccia napoletana, czyli bardzo tłusty przysmak, fot.dmn.

Dziś nocuję u B. B. jest dziesięć lat starszy ode mnie i całkiem nieźle gotuje. Ma dobrą pracę i chudą dziewczynę. Jest też dealerem narkotyków, ale o tym dowiem się kilka godzin później. – Panino, tonno, pomodoro, olive, olio di oliva – notuję skrzętnie w pamięci przepis na neapolitańskie kanapki, które przyrządzamy razem, gadając o życiu.

Po kolacji B. zaprasza na koncert, który grają na obrzeżach miasta. „Pamiętaj, couchsurfing to nie hotel. Musisz spędzić trochę czasu ze swoim hostem” – przypominam sobie i w końcu wyrażam zgodę. Jedziemy.

Droga przez las robi się coraz węższa. Fiat zalicza kolejne dziury. Jest tak ciemno, że nie widzę własnych dłoni. Proszę B., by przestał pić za kierownicą. Odpowiada, że jestem staroświecka. A ja ściskam kurczowo gaz pieprzowy.

Żadnego koncertu nie ma.

***

Kolejna część neapolitańskiej przygody wkrótce :).

Advertisements

2 thoughts on “O niebieskim wiadrze i neapolitańskich kanapkach

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Change )

Google+ photo

You are commenting using your Google+ account. Log Out / Change )

Connecting to %s